Music

sobota, 13 lutego 2016

~ Rozdział 8 ~

Był wtorek. Kolejny dzień znoszenia wkurwiających nauczycieli. Ruszyłem do swojej ławki. Wszyscy w pośpiechu zajmowali miejsca, obawiając się złośliwych uwag facetki od matmy. Zająłem swoje miejsce, trzecia ławka pod oknem. Kiedy baba zaczęła dyktować temat, drzwi do klasy otworzyły się szeroko i gwałtownie. Wbiegł niski blondyn o świńskiej twarzy. Przeprosił pośpiesznie, idąc w moim kierunku. Usiadł w ławce przede mną. Wezbrała się we wściekłość.
- Maksymilianie to twoje kolejne spóźnienie pod rząd! - ryknęła nauczycielka.
- Autobus mi uciekł. - odpowiedział pod nosem.
***
Z kurtki wyciągnąłem papierosy. Wyjąłem jednego z paczki, po czym zapaliłem. Trzymałem jarzącego w dłoni. Szary dym unosił się ooło mnie. Wtedy go dostrzegłem. Szedł niepewnie, rozglądając co i raz. Mieszkał w pobliżu. Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu.
- Hej, Maksiu. - powiedziałem, wychodząc z cienia uliczki. Stanął jak wryty.
- O Filip... Stary, chciałem cię bardzo przeprosić. Za tamto. - mówił szybko. Mój oddech przyspieszył. Serce zaczęło bić mocniej. Napawałem się rosnącym we mnie gniewem.
- Mnie? Dlaczego akurat mnie? - zapytałem spokojnie, zaciągając papierosem.
- No bo... trafiłeś do szpitala. Miał to być taki żart. Nie sądziłem, że tak to się potoczy... - mówił robiąc krok w tył. Nie patrzył mi w oczy.
Powoli wypuściłem dym, na jego twarz. Uśmiechnąłem się i zacząłem śmiać. Obserwował mnie niepewnie. Szukał ucieczki.
- Czemu zepchnąłeś ją? - zapytałem ostrzej, przybliżając. Nie odpowiedział. Złapałem go za koszulkę i poderwałem w górę. Dostrzegłem przerażenie, które malowało mu się na twarzy. Machał nogami, a rękami rozpaczliwie próbował zdjąć moje dłonie. - Megan? Akurat ją?
- Bo była najbliżej! - odparł nagle, harcząc. - Tylko dlatego. Nic poza tym...
Przytrzymałem go chwilkę po czym puściłem. Uderzył z łoskotem o ziemię. Szybko łapał powietrze. Przyklęknąłem. Powoli zaczął się cofać, przestraszony.

Ale to dopiero początek.

Wtedy moje działanie, było szybsze niż własne myśli. Zawył z bólu, gdy przystawiłem mu papierosa do prawej dłoni. Złapałem jego rękę i zrobiłem kolejny przypalony ślad. Próbował się wyrwać, ale byłem znacznie silniejszy od niego. Spojrzał mi w oczy.
- Przepraszam... - mówił, ale nie cofnąłem ręki. Wręcz przeciwnie, nacisnąłem mocniej. Krzyczał, miotając. Parsknąłem śmiechem. Nasze spojrzenia się spotkały.
- Patrz mi w oczy jak ze mną rozmawiasz, tchórzu. - syknąłem. Zmniejszyłem uścisk, aż w końcu miał wolną rękę. Paierosa wyrzuciłem do śniegu. Jego prawa ręką miała dwa, krawe ślady, które nie zagoją się przez dłuższy czas. O ile kiedykolwiek znikną. Jęczał z bólu, jak zarzynana świnka.
Wstałem, otrzepując pył peta.
- Do zobaczenia, jutro. - powiedziałem złośliwie. - Może będę bardziej dla ciebie łaskawy.
- A co, zajebiesz mnie jak Krystiana?! - usłyszałem za sobą, po kilku minutach ciszy. Odwróciłem się w jego stronę. Ledwo wstał.
- Kto ci to powiedział? - zapytałem wściekły, robiąc kilka kroków w jego stronę.
- Myślisz, że nie wiem kim ty jesteś, popierdoleńcu?! Powinieneś już dawno zgnić w pierdlu, no, ale jak ma się bogatego wujka, to nie trzeba... - mówił kpiąco, ale szybko uciszyłem go jednym ciosem w zęby. Padł na bok. Dostałem spazmów se wściekłości.
- Ty psie... - wysyczałem przez zęby. Kopnąłem go w brzuch. Kaszlnął krwią. Zrobiłem to jeszcze raz... i jeszcze... jeszcze...jeszcze...jeszcze...jeszcze...jeszcze...
Usiadłem na nim okrakiem. Uderzył mnie w twarz pięściami, co mnie nieco zamroczyło. Tylko z początku. Przywaliłem mu prosto w szczękę, aż usłyszałem chrupnięcie. Każdy kolejny cios, był silniejszy od poprzedniego. Zatrzymałem się, sapiąc. Znowu to uczucie mnie ogarniało, jak kilka lat temu, zanim zacząłem przyjmować leki. Było to coś, czego nikt inny prócz mnie nie posiadał.

Sprawiało, że energia wracała z podwojoną siłą.
Krew szybciej krążyła w żyłach.
Moje ruchy stawały się coraz szybsze, precyzyjniejsze.
Czas zwalniał.
Myśli i wątpliwości uciekały z czaszki, zagłuszone.
Wypełniało pustkę wewnątrz czegoś, co można nazwać duszą.
Było dla mnie jak narkotyk. Coś przy czym stawałem się wolny.
Jakbym stał na szczycie góry i widział pod sobą cały świat.

- Przestań... proszę... - błagał, płacząc. Czułem, że zmoczył spodnie. Wstałem jak poparzony. Jego twarz była zmasakrowana, dławił się krwią. Znowu. Znowu to mnie dosięgnęło. Moje demony. Wyciągnąłem drżącymi dłońmi telefon i wpisałem numer pogotowia.
- Halo? Karetka? Proszę przyjechać na Rembielińską 8! Chłopak został ciężko pobity!
- Kto mówi? Halo?
- ...
Rozłączyłem się. Spojrzałem na niego. Wodził za mną wzrokiem, aż utkwił w jednym, szarym punkcie. Jego klatka unosiła się i opadała.
- Ja... - zacząłem, ale nie potrafiłem skończyć. Miałem jego krew na rękach. Cofnąłem się, przerażony swoim dziełem. A jeszcze bardziej tym, że kawałek mnie tego wcale nie żałował. Kiedy usłyszałem charakterystyczny dźwięk i nadjeżdżającą karetkę wraz z policją, uciekłem.

Obserwowałem całą akcję z daleka. Rozejrzałem się, ale jak zwykle w takich miejscach, nikogo nie było. A jak ktoś to widział, nie powiedziałby.

***

Wróciłem do domu, nadal wstrząśnięty tym co zrobiłem. Ponownie z resztą. Wyjąłem kluczyki i przekręciłem zamek. Rzuciłem plecak na podłogę. Wbiegłem na górę do łazienki. Spojrzałem na siebie w lustrze. Do spoconego czoła przywarły czarne kosmki wlosów. Obmyłem się z krwi w umywalce, unikając lustra. Wtedy do moich drzwi rozległo się pukanie. Zszedłem cicho po schodach. Wyjrzałem przez wizjer i dostrzegłem blondyn włosy.
- Filip? Jesteś tam? - spytała kobieta. - Filip! To ja! Dr. Sparkowsky!
Nie zamierzałem się odzywać. Usiadłem pod drzwiami.
- Wiem, że tam jesteś. - powiedziała pewna siebie - Wiesz, co się stanie jeśli przez ponad tydzień nie przyjmiejsz leku prawda? Jak twój stan psychiczny zostanie pogorszony? O ile jeszcze dzisiaj jest dobrze, jutro może tak nie być... Proszę, otwórz drzwi... Jeśli dzisiaj mnie nie wpuścisz, przyjdę za kilka dni z ochroniarzami klinki.
Stała tak jeszcze chwilkę. W końcu usłyszałem jej zrezygnowane westchnięcie i stukot obcasów o drewno. 

Wtedy dostrzegłem jak żółta sukienka przemyka pomiędzy pokojami. Miała słuchawki. Podśpiewywała pod nosem. Co jakiś czas robiła jakieś taneczne pozy. Kiedy mnie dostrzegła uśmiechnęła się.
- Nie zauważyłam cię! Jak było w szkole? - spytała radosnym tonem.
- Jakoś zleciało. - stwierdziłem, wstając.

czwartek, 11 lutego 2016

~ Rozdział 7 ~

- Nie sądziłam, że kogoś masz. - powiedziała cicho. Stałem na przeciwko niej.
- Widzisz... to skomplikowane. - mówiłem, ale ugryzłem się w język. Chociaż czemu miałbym nie mówić? To przecież nie sekret,... a jeszcze zapyta o coś bardziej niewygodnego. - Ona mnie bardzo lubi, ale ja...
- Nie za bardzo? - dokończyła. Skinąłem głową. Uniosła brew. - A więc dlaczego z nią jesteś? Nie wydajesz mi się typem osoby, która chodziłaby z kimś z litości, czy z powodu, że nie potrafi być dla kogoś "szczerym i nie miłym".
- Jak mówiłem sprawa jest... inna. Akurat w tym przypadku. - powiedziałem, kopiąc bryłę lodu. Spojrzałem jej prosto w oczy. - Widzisz, w przeszłości byłem zupełnie kim innym.
- Innym? - wyszeptała zdziwiona. - W jakim sensie?
- Miałem trochę problemów ze szkołą, nauczycielami, policją... - mówiłem, zerkając na Megan. Słuchała uważnie. - Ale wracając do tematu Wiki. Myślę, że bardziej chodzi mi tutaj o moje poczucie winy, niż litość.
- Za co? - zapytała i przystanęła obok mnie. Wracaliśmy razem do domu.
- Ja... nie, inaczej. Wiktoria była moją sąsiadką od kiedy pamiętam. Znam ją właściwie od urodzenia. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i można powiedzieć nawet, że zostaliśmy nierozłączni. Z każdym rokiem, była coraz piękniejsza, ale dla mnie pozostawała tylko "sąsiadką z bloku obok". W walentynki dostawała stos kopert miłosnych, a średnio raz w miesiącu, jakiś chłopak wyznawał jej miłość. Ją to cieszyło, napawało dumą. Zaczęła podkreślać swoje "kształty i atuty" ładnie mówiąc. Wyraziste stroje, pełny makijaż. W tamtych czasach była straszliwą egoistką i narcyzem.

Dopiero wtedy, gdy zaczęli zaczepiać ją na ulicy mężczyźni, zwróciła się po pomoc. Miałem złą reputację, więc mogłem odstraszyć okolicznich, podstarzałych zalotników. Wtedy polubiła mnie, a nawet bardzo. - mówiłem i wyjąłem zamarźniętą colę z plecaka - Ale ja nic do niej nie czułem. Zupełnie. Miałem w tamtym czasie problemy... finansowe oraz z prawem.

Jej rodzice byli bogaci i ją wykorzystałem, aby podreperować budżet. Wiem, że to było ochydne, ale wtedy tak nie uważałem. Szalałem po imprezach, wydawałem pieniądze na hazardzie oraz alkoholu. Pewnego dnia przesadziłem, a ona zadzwoniła do mnie przerażona. Uważała, że ktoś ją śledzi, czy coś w tym rodzaju.

Dostawała obsesji. Zbyłem ją, kac mnie zabijał. I wtedy się to stało. Jeden, jedyny raz kiedy ją zawiodłem. Silny facet, szybko wciągnął Wikę do samochodu... znaleziono ją trzy dni potem w ruinach starego domu, wraz z narkomanami i bezdomnymi. Porzucił ją zaraz po tym jak skończył. Nie potrafiła się po tym pozbierać. Ja nie potrafiłem sobie tego wybaczyć. Może gdybym tyle wtedy nie pił, nie brał od niej pieniędzy na własne zachcianki...  Niedługo po tym rodzice Wiktorii stracili pracę, zostając bez pieniędzy. Od tamtego czasu umawiam się z nią.

- Poczucie winy, co? - usłyszałem jej cięty ton - Mi to wygląda na próbę ratowania własego tyłka, potem zbierania z tego faktu batów. Przyznaj, robisz to by poprawić własne zdanie o sobie.
- Możliwe - odparłem pod nosem.
- Zamierzasz ją dalej oszukiwać? Tak jak to robiłeś wcześniej, tylko, że teraz jesteś z nią "w związku"? - pytała, a jej głos stawał się coraz bardziej głośny.
- To co innego. - mówiłem, a oczy Megan zapłonęły.
- Właśnie nie. - powiedziała pełna spokoju. - I to chcę ci uświadomić. Nie jest to dobre ani dla niej, ani dla ciebie.
- Powiedz mi co ja w takim razie powinienem zrobić?! - wypaliłem - Przeprosić ją i zerwać kontakt? Czy może spróbować to jakoś Wice zrekompensować?!
- Ja... - szepnęła lekko przestraszona.
- Bo mówisz tak, jakbyś znała odpowiedź! - kłóciłem się, zdenerwowany. - Byłoby mi dużo łatwiej, gdybyś mi ją dała. Jeśli, oczywiście, takową znasz.
- Nie znam. - odparła po chwili - Zrób to co uważasz za słuszne, a najlepiej, żeby nie było to krzywdzące dla niej i ciebie.
- Przepraszam, za tą reakcję. - dodałem po chwili. - Nie powinienem był krzyczeć.
- A może jednak powinieneś. - stwierdziła, odgarniając włosy za ucho - Lepiej krzyczeć, niż dusić w sobie.
- Mądre słowa. - powiedziałem. - A może jeszcze jakaś dobra rada od Megan?
- Hmm... - mówiła zastanawiając przez kilka sekund - Nie potknij się o przeszłość, bo popsujesz teraźniejszość i rozpieprzysz przyszłość.
- Skąd ty je bierzesz? - zapytałem, pod wrażeniem.
- Jakoś same przychodzą - stwierdziła skromnie. Szliśmy w ciszy jeszcze kawałek, gdy stanrliśmy na rostaju dróg.
- Do jutra, Filip. - powiedziała, uśmiechając.
- Ta, do zobaczenia. - odparłem, gdy poszliśmy różnymi drogami.

***

- Filip! - usłyszałem krzyk Darii - Telefon dzwoni, a ja robię kolację!
Zbiegłem szybko po schodach. Powoli ruszyłem w stronę narastającego dźwięku dzwonka.

- Halo?
- Gdzie ty jesteś?! Miałeś przyjść do kliniki godzinę temu!
- Już jest dobrze. Nie muszę ich przyjmować, doktorko.
- Co?
Oparłem się o ścianę. Stamtąd obserwowałem jak Daria niesfornie przygotowuje kolację.
- Wróciła, prawda?
Przeszedł mnie lodowaty dreszcz.
- Wiesz co to przecież oznacza. Trzeba zwiększyć dawkę. Ona nie wróży niczego dobrego. Przyjadę do ciebie ju...
- Nie! Niczego nie potrzebuje!
- Nie ty o tym decydujesz! Tylko ja, twój lekarz!
- Tak?! To patrz. Nie chcę ich, rozumiesz?!
- Już o tym rozmawialiśmy, Filipie...

Rozłączyłem się, uderzając słuchawką. Osunąłem po chwili na podłogę. Poczułem jak łzy napływają mi do oczu. Siedziałem patrząc w ścianę.
- Filip? Wszystko okey? - spytała Daria. Stanęła na przeciwko mnie. Schyliła się tak, że jej twarz była na wysokości mojej. Otarła mi łzy. Miała zmartwioną minę.
Przytuliłem ją. Od razu odwzajemniła uścisk.
- Tak. - szepnąłem, jak małe dziecko, które się rozpłakało.
- Chodź, pomożesz mi z kuchenką. Tak trochę... dymu jest. - powiedziała i zaśmiała nerwowo.
Westchnąłem.
- Już. - powiedziałem niechętnie. Pomogła mi wstać z podłogi.

***
- Wróciłam... - szepnęłam, otwierając drzwi. Rozejrzałam się. Nie było go.
- Megan! Gdzieś ty do cholery byłaś?! - usłyszałam przerażony głos matki. - Idź, za nim cię zauważy...
- W szkole. - odparłam szybko. Ruszyłam prędko, skradając się do pokoju, ale On stanął w drzwiach.
- Ty kurwo! - powiedział basowym, donośnym tonem - Masz wracać do domu OD RAZU po szkole!
- Tak, tato. - powiedziałam cicho - Przepraszam.
Wielką dłonią pociągnął mnie boleśnie za włosy. Wydarłam się z bólu. Łzy spłynęły mi po policzkach. Matka wbiegła przestraszona i zaalarmowana krzykiem do pokoju, ale uderzył ją. Upadła, wcześniej waląc głową o ścianę,
- Mama! - krzyknęłam przerażona. Mój głos się załamywał - Zostaw ją ty... ty...
Usmiechnął się obrzydliwie, kopiąc w brzuch. Po drugim ciosie, zapanowała ciemność.

sobota, 6 lutego 2016

~ Rozdział 6 ~

/Witajcie! Miałam problemy z Internetem, a teraz wyjechałam na ferie, ale jak mi się uda to jeszcze coś dodam ;) DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE KOMENTARZE! Dajecie mi motywację, kochani :)/

- Filip! - rozległ się damski głos w moim pokoju. Usłyszałem odgłos kroków i dźwięk rozsuwanych zasłon. Promienie słoneczne padły na moją twarz. Powoli otworzyłem oczy, przeciągnąłem się. - Wstawaj! Zrobiłam śniadanie.

Leżałem na plecach przez chwilę, przyglądając dziewczynie. Spieła długie włosy w niedbały kucyk, z którego uciekło kilka kosmków. Ubrała luźną, żółtą bluzkę i czarne jeansy z dziurami. Przeniosła stos książek, odkładając na półki.
- Nie chce mi się. - odburknąłem i przekręciłem na drugi bok. Na jej odpowiedź nie musiałem zbyt długo czekać. Parsknęła śmiechem.
- Tak ze mną pogrywasz, Filipie? - usłyszałem, ale nic nie odpowiedziałem. Nagle uderzyło mnie coś ciężkiego. Zabrakło mi tchu. Uderzyłem brzuchem o łóżko, a ona usiadła mi na plecach.
- Złaź ze mnie! Do cholery, Daria! Ważysz pół tony, grubasie! - darłem się, machając rękami aby ją strącić. Wybuchnęła w odpowiedzi śmiechem. Wtedy wyczułem znajomy zapach. Pociągnąłem nosem. Znowu to samo.
- Daria, czy zdjełaś z patelni... - zacząłem kiedy się wtrąciła, nie dając skończyć.
- Moje naleśniki! - krzyknęła i zbiegła na dół. Dudniła stopami po schodach, po czym usłyszałem jak z nich spada a zaraz za nim głośne przekleństwo. Usiadłem na materacu i powoli wstałem. Poszedłem do toalety i założyłem wcześniej przygotowane ciuchy. Zszedłem szybko na dół. Zobaczyłem jak bezradnie próbuje odklejić naleśniki od patelni. Pomimo tego, że przygotowywała mi je codziennie, nadal nie potrafiła zapamiętać, że je trzeba przekręcić. Pokręciłem głową, odbierając patelnię. Wyrzuciłem spalonego naleśnika i wrzuciłem patelnię do zmywaka. Wyjąłem inną z szafki, nalałem żółtej mazi. Po pewnym czasie podrzuciłem go do góry, który spadł perfekcyjnie na patelnię.
- Jak ty to robisz?! - zapytała oniemiała, obserwując mnie. Spojrzałem na Darię z ukosa.
- Kwestia wprawy. - odparłem, a ona zrobiła zdziwioną minę - Jakbyś pamiętała, że trzeba je przekręcać, byłoby łatwiej.
- Ojeju... tak jakoś mi się to wymyka z pamięci. - mówiła, zażenowana. Westchnąłem.
- Przejmuję kuchnię, a ty nawet tutaj nie przychodzisz. - stwierdziłem ostro.
- Niech ci będzie. - powiedziała zrezygnowana. Chwyciła talerze i zasniosła do salonu. Usłyszałem jak niebezpiecznie głośno stukają o drewniany stół.
***
Ledwo uszedłem z życiem po ośmiu godzinach lekcyjnych. Jeszcze mieliśmy zastępstwa z facetką od matmy na ostatnich dwóch godzinach... ja pierdole. Ściągnąłem plecak z ławki, zarzucając na plecy. Szedłem ostatni. Moja klasa wymieszała się wraz z innymi uczniami naszej szkoły. Przepychając łokciami, poobijany,  jakoś dotarłem pod szatnię. Dziewczyny weszły pierwsze, a my zaraz za nimi.
- I jaki był wynik? - spytał Hubert, gdyż z powodu braku Maksa, nie miał z kim gadać.
- 2:0 dla nas. - odrzekł zadowolony Maciek. - Co by oni beze mnie zrobili.
- Byłeś rezerwowym, kretynie. - odpowiedział Seba
- Wspierałem duchowo, cioto. - odparł pogardliwie Maciek. Mierzyli siebie wzrokiem.

Minąłem ich i chwyciłem kurtkę. Butów nigdy nie zmieniałem. I tak nie sprawdzali. Wyszedłem, nie zatrzymując. Otworzyłem drzwi po czym przytrzymałem dla osoby idącej za mną.

- Hej. - powiedziałem pierwszy. Uniosła wzrok, a ich kolor przeszył do kości.
- O, hej. Dzięki. - odpowiedziała, podtrzymując je.
- Spoko. - odparłem idąc dalej. Przeszedłem dobry kawałek, a ona szła ciągle za mną. Trochę głupio było udawać, iż się nie znamy...
Przyklęknąłem poprawiając sznurówki i "przez przypadek" dalej szliśmy ramię w ramie.
- Nie wiedziałem, że mieszkamy nie daleko. - zacząłem, przerywając krępującą ciszę.
- Mieszkam w bloku na przeciwko ciebie. - odpowiedziała, poprawiając plecak.
- Zawsze jak wracam, to jedyny ze szkoły idę w tym kierunku. - powiedziałem, zerkając na Megan. Brązowy szal otulał jej twarz.
- Mam wiele zajęć poza szkolnych, w tym głównie Rada i przygotowania do konkursów. Wracam późnym wieczorem. - mówiła
- Chce ci się siedzieć tam tak długo? - spytałem.
- Tak jakoś wychodzi. Tutaj godzina, tam godzina... wiesz, obowiązki to obowiązki. - dodała sympatycznie.
- Męczy cię to? Brak czasu? - pytałem dalej w połowie aby gadać, a w drugiej połowie z ciekawości.
- Już przyzwykłam, więc nie przeszkadza mi to, aż tak bardzo jak mogłoby się wydawać. - stwierdziła. Szliśmy przez chwilę, kiedy stanęła w miejscu.
- Coś nie tak, Megan? - zapytałem odwracając głowę. Spojrzała mi w oczy. Było ono pewne i spodziewałem się, co zaraz usłyszę.
- Chciałam cię o to spytać wtedy w parku, ale musiałam wracać. - zaczęła, lecz nie musiała kończyć. Przełknąłem ślinę, czekając. - Dlaczego wtedy kiedy dawałam ci notatki tak zareagowałeś?
- Ja... - urwałem, kiedy zerwał się mocny wiatr.

Jej włosy poleciały na bok, a skrawek chusty falował. Nie mrugała. Nie spuszczała wzroku. Wiedziałem, że nie dam rady jej okłamać. Ani cokolwiek powiedzieć w takiej chwili. To... dziwne odczucie, niczym coś unoszącego się wokół niej sprawiało, że zostałem przybity do ziemi. Oczywiście w pewnym sensie. Wiatr wiał przez kilka sekund, ale trwały wieczność. Nagle przestał. Ciemnobolnd włosy dziewczyny opadły delikatnie na jej ramiona.

Otworzyłem usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wtedy ktoś zarzucił mi ręcę na szyję. Przekręciłem głowę. Mignęły mi krótkie, brązowe włosy i szare oczy. Na jej nosie widniały lekkie piegi. Nosiła mocny makijaż, zupełnie nie pasujący do jej wieku. Pachniała truskawką.
- Filip! Dawno cię nie widziałam. - powiedziała, uśmiechając szeroko. Perfekcyjny, jak zawsze.
- Wybacz, ale ostatnio miałem wypadek i... - mówiłem, ale ona mi przerwała. Już zapomniałem o jej charakterze.
- Jaki wypadek?! Dlaczego ja o niczym nie wiem?! - krzyczała rozhisteryzowana. Złapałem ją za nadgarstki.
- Spokojnie. Uderzyłem się tylko w głowę, nic mi nie jest Wiki. - uciąłem. Patrzyła na moją twarz. Dostrzegłem lekki uśmiech, złagodniała.
- Mów mi proszę o takich rzeczach, na przyszłość, dobrze? - zapytała słodkim głosem.
- Tak, tak. - odparłem kiwając głową.
- Wszystko mi opowiesz potem. Spieszę się na zajęcia z pole dance. - mówiła patrząc na zegarek. - Chciałam tylko cię przywitać.
- Mhm no jasne. Leć już. - odparłem, udając zadowolonego. Pocałowała mnie w policzek i ruszyła w przeciwną stronę.

Dopiero w tamtym momencie dostrzegłem, że Megan wszystko to cicho obserwowała.
- Aaa... przepraszam Megan.  - powiedziałem. Było mi trochę głupio. Nawet bardzo.
- Kim ona była? - spytała, patrząc na sylwetkę Wiki, która po chwili zniknęła za rogiem.
- Ma na imię Wiktoria. To moja dziewczyna. - powiedziałem po kilku minutach.
Nastała między nami cisza.

sobota, 30 stycznia 2016

~ Rozdział 5 ~



Odkurzyłem, zmieniłem pościel, pościerałem kurze, umyłem naczynia, a nawet udało mi się zrobić to samo z oknami. Wywietrzyłem cały dom, zrobiłem porządek na półkach... czyli wszystko to, czego unikałem od dłuższego czasu.

Zerkałem na nią co jakiś czas. Przyglądałem się jej długim, lekko pofalowanych czarnych włosach. Słyszałem jej śmiech, obserwowałem każdy uśmiech. Latała ze ścierką po mieszkaniu i cały czas kazała mi coś poprawiać.

- Widzisz od razu lepiej! - odparła siadając na świeżo co odkurzonej kanapie w salonie. Wyglądała tak... normalnie. Jakby tamto nigdy się nie wydarzyło. Spojrzała mi w oczy. - Pójdziemy potem do parku? Albo do cyrku czy czegoś podobnego! Mogę specjalnie dla ciebie wygrać, jeśli ładnie poprosisz. Uwielbiasz wesołe miasteczka i jarmarki. Nie mylę się, prawda?
Wtedy poczułem zapach spalenizny.
- Zapomniałam o naleśnikach! - krzyknęła przerażona i momentalnie zerwała się z miejsca, biegnąc w stronę kuchni. Po kilku sekundach przyniosła danie, które zwano naleśnikami, ale ich nie przypominało. - Wybacz mi. Nadal nie jestem w tym dobra, ale staram się jak mogę.
Położyła moją porcję na szklanych talerzykach. Pachniało leśnymi owocami. Trochę spalonymi.Wziąłem widelczyk w dłoń i odkroiłem kawałek. Wepchnąłem sobie czarnego naleśnika do ust. Opierała się o stół, polerując szklankę.
- Smaczne. - wybąkałem, przełykając z trudem.
- Wiem, wiem. Troszeczkę się zapomniałam, ale liczą się chęci. Następnym razem zrobię ci lepsze... - mówiła radośnie i poprawiła włosy, które opadły jej na oko.
- Daria... - powiedziałem zwieszając głowę.
-... pójdziemy do kina albo salonu gier! Od dawna w nim nie byliśmy. - mówiła, jakby nie usłyszała, że cokolwiek do niej mówiłem  - Coś nie tak, Filip?
- Po prostu... cieszę się, że jesteś. - odparłem szczerze. Parsknęła śmiechem. Przystanęła i potargała moje włosy tak, jak zawsze to robiła. Znieruchomiałem.
- Jesteś chory, czy co? Takie miłe rzeczy od ciebie usłyszeć to najprawdziwsza rzadkość. - dodała swoim melodyjnym głosem, ale poczułem się jakbym przebywał pod wodą.
- Muszę coś załatwić... Przepraszam. - odparłem i odsunąłem się od Darii. Nawet jej dotyk...
Ruszyłem do wyjścia, uderzając ramieniem o kant ściany. Nie potrafiłem powstrzymać swoich emocji, które wypełniały całą moją głowę.
- Na razie. - rzuciłem cicho, otwierając drzwi.
- Do zobaczenia! - krzyknęła radośnie za mną. Powoli zamknąłem je za sobą, obserwując jak macha mi na pożegnanie.

Przekręciłem kluczyk w zamku i pospiesznie poszedłem. Poczułem ukłucie w sercu, łzy napływające do oczu. Złapałem się na tym, że biegnę.
Daria... proszę, bądź tam kiedy wrócę. Proszę. Nie zostawiaj mnie nigdy więcej samego. Proszę!
 *** 
Kiedy się zatrzymałem, dostrzegłem, że byłem w parku. Nasunąłem na głowę kaptur, gdyż w pośpiechu zapomniałem o kurtce. Chuchnąłem w lodowate dłonie, próbując je rozgrzać. Spojrzałem w górę a mój wzrok spoczął na gwiazdach, które oświetlały ciemną uliczkę. Okoliczne lampy nie dawały wystarczającą ilość światła. 

Wtedy dostrzegłem samotną postać siedzącą na ławce. Nosiła fioletowe słuchawki i czarną kurtkę. Jej blond włosy delikatnie zafalowały, przy powiewie wiatru. Wpatrywała się w to samo gwiaździste niebo, co ja przed chwilą. Wyglądała jakby to nie ona oglądała gwiazdy, lecz one ją... Po chwili sam skarciłem się, za jakieś gówniane myśli.
- Hej. - powiedziałem, stając na przeciwko niej. Dopiero mnie zauważyła. Zaskoczona zdjęła słuchawki. 
- Hej. Przestraszyłeś mnie. - stwierdziła, uważnie mnie obserwując.
- Co tutaj robisz o tej porze? - zapytałem z ciekawości.
- Mogłabym o to samo spytać ciebie. - odparła wymijająco, wyłączając muzykę w telefonie.
- Wyszedłem na spacer. - stwierdziłem
- W takim pośpiechu? - odezwała się wskazując na moją zieloną bluzę. - Bardzo szybki musi być twój spacer.
- Nie jest mi, aż tak zimno. - powiedziałem udając, że nie trzęsę się jak owsik. Uniosła jedną brew.
- Jest ponad dwadzieścia stopni na minusie.- mówiła, pokazując mi prognozę pogody z telefonu.
- A ty? Co tutaj robisz? - zmieniłem temat.
- Również wybrałam się na spacer. - odpowiedziała po chwili.
Nastała krępująca cisza między nami.
- Megan ja... - zacząłem - Chciałem cię przeprosić, za tamto, po prostu ja...
- Nie będę obijać w bawełnę. To co powiedziałeś bardzo mnie przeraziło i zraziło do ciebie. - szepnęła i podniosła się, stając na wprost mnie. Jej oczy zabłyszczały w świetle otaczających nas lamp. - Ale ci wybaczę. Nie chowam uraz zbyt długo.
- Dziękuję. - odpowiedziałem po kilku sekundach. 
- To pierwszy raz kiedy się uśmiechnąłeś. - dodała i zamilkła. Zbiła mnie z tropu.
- Co? - zapytałem bardziej sam siebie, niż ją - A jakoś niezbyt lubię to robić.
- To rób to częściej. I posprzątaj ten syf w pokoju. - powiedziała i zaśmiała się.
- Skąd wiesz? - spytałem spanikowany.
- Lustro w korytarzu. - szepnęła i wybuchnęła śmiechem - Masz taką minę jakbym znała twój najgorszy sekret!
- Ha ha. -  odparłem ironicznie.
- Powinnam już wracać. Widzimy się w poniedziałek, Filip. - mówiła, kiedy nadszedł kolejny zimny powiew wiatru.
- Do zobaczenia, Megan. - powiedziałem, obserwując jak  samotnie odchodzi alejką. Zniknęła tuż za rogiem, a towarzystwa dotrzymywały mi tylko śmierdzące menele oraz gwiaździste niebo.

środa, 27 stycznia 2016

~ Rozdział 4 ~

/Przepraszam za moją nieobecność! Niestety szkoła mnie przytłoczyła ;(/


- Filip do odpowiedzi! - słowa nauczycielki wyrwały mnie z rozmyślań nad swoją beznadziejną egzystencją. Uniosłem wzrok i ociężale podniosłem z krzesła. Przystanąłem pod biurkiem z obojętną miną.
- Filip... Filip... opowiedz nam o reformacji kościoła. Genezę oraz jej skutki. - zadała pierwsze pytanie. - Chyba, że chcesz od razu jedynkę.
Westchnąłem.
- Poproszę. - stwierdziłem zrezygnowany. Kiwnęła lekko głową. Dostrzegłem dyskretny uśmiech spod czarnych oprawek okularów.
- Siadaj. - powiedziała wpisując obok mojego nazwiska pałę. - W takim razie... Karolina!
- Kurwa. - usłyszałem jak szepnęła pod nosem, gdy ją mijałem. Usiadłem z powrotem.
Z zaciekawieniem wpatrywałem się w ścianę, potem podłogę, sufit i od nowa. W pewnym momencie mój wzrok spoczął na pustym miejscu na drugiej ławce, przede mną. Miejsce Megan. Od razu przypomniałem sobie naszą ostatnią rozmowę, w progu mojego mieszkania. Nie widziałem ją od tego czasu, czyli dwóch dni...
- Zapiszcie temat! - rozgrzmiał jak grom donośny głos facetki. - Macie go na stronie 78 w podręczniku... Filip czemu nie piszesz? Chcesz dostać kolejną jedynkę za pracę na lekcji?
- Już piszę, proszę pani. - odpowiedziałem biorąc od niechcenia długopis. Otworzyłem książkę, ale zapomniałem, z której strony miałem spisać to gówno.
- Przecież widzę, że nic nie robisz! Wikorski jedynka! - powiedziała stając nade mną.
- Ekstra. - skomentowałem. Jej świńskie uszy poruszyły się. Co za potwór.
- Masz coś jeszcze do dodania Wikorski?! - mówiła, opluwając mnie.
- Nie, proszę pani. - odparłem najłagodniejszym tonem jakim potrafiłem, ścierając jej ślinę z twarzy.

                                                        Tak zaczął się kolejny zły dzień.
***

Rozbrzmiał dzwonek kończący lekcje. Wrzuciłem wszystko byle jak do plecaka i wyszedłem wraz z rozgadanym, wesołym tłumem. W końcu był piątek. Ruszyliśmy do szatni.
- Myślisz, że to prawda? - usłyszałem Julkę. Szły zaraz przede mną, więc doskonale słyszałem ich rozmowę.
- Możliwe. - odpowiedziała Zuza - Ale to tylko plotki.
- Widziałaś przecież w szatni jak... - tutaj nie pozwoliła jej skończyć. Prawdopodobnie dlatego, że stałem za nimi.
- Każda widziała, ale nie wiem... - mówiła - Choć często jej nie ma.
- To tylko dowodzi, że to prawda. - stwierdziła Julka dumnie - I co mamy teraz zrobić?
- Nic. - ucięła Zuza - To nie nasza sprawa, tylko jej. Nie mieszaj się w coś, co ciebie nie dotyczy, bo narobisz problemów sobie i innym.
- Ale nadal mam... poczucie winy. Podejrzewałam to od dawna a mimo tego, nic nie zrobiłam w tym kierunku. - wyżaliła się Julka.
- I nadal nie rób. - odpowiedziała twardo druga - Niczego lepszego nie osiągniesz.
- Może masz racje. - stwierdziła pierwsza.
Pan Buraczek (tak nazywał się nasz woźny, który zawsze przesadzał z alkoholem, powodując u niego czerwoną twarz) kazał się im ustawić i niczego więcej nie usłyszałem.

Może gdybym był wtedy bardziej rozgarnięty skojarzyłbym fakty.
Może zapytałbym się o czym one rozmawiają.
Może by mnie zbyły.
Może... nie.
 ***
Wróciłem do domu i od razu zastały migające diody na stacjonarnym. Dwa nieodebrane połączenia z kliniki. Rozwaliłem się na sofie, kiedy zadzwoniła komórka. Wyjąłem ją niespiesznie z kieszeni, klikając zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Tutaj dr. Sparkowsky. Chcę przypomnieć o naszych rutynowych badaniach. Dzwoniłam do ciebie, ale nie odebrałeś.
- Byłem w szkole i dopiero wróciłem pani doktor.
- Stawiasz się za dwa dni punktualnie o osiemnastej. Twój stan mógłby pogorszyć się jeszcze bardziej, jeśli nie otrzymasz za niedługo swojego leku. 
- Nie chcę ich brać. Widzi pani? Nic mi nie jest a nie brałem od kilku dni. Może już ich nie potrzebuję?
- Oczywiście, że potrzebujesz! I nie waż się zaprzeczać! Nie muszę ci przypominać, po co je bierzesz, prawda? Nie zapomniałeś przez te kilka wspaniałych dni?
- Oczywiście, że kurwa nie! Czy pani nie rozumie, iż przez nie czuję się otępiony i nie potrafię jasno myśleć?! Dlaczego nie przepiszecie mi innych?!
- Nie ma innych na taki postęp choroby, dobrze o tym z resztą wiesz. Nie zachowuj się jak dziecko, Wikorski.
- Ja... 
- Żadnych wymówek! Weźmiesz je i tak, i tak.
- Nienawidzę ich.
- Wiem... doskonale cię rozumiem.
- Nawet nie wie pani, jak bardzo się myli, wypowiadając takie słowa. Do widzenia.
- Fili...


Rozłączyłem się. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. Leczyła mnie od tygodnia a mówi takie słowa. Działa mi na nerwy. Opadłem na sofę, ale tylko na krótko. Wtedy ktoś zadzwonił do moich drzwi.
- Kto do cholery dobija się tutaj o tej porze? - powiedziałem zdenerwowany sam do siebie. Kiedy otworzyłem frontowe drzwi, zatkało mnie. Nigdy bym się nie domyślił, kim był niezapowiedziany gość.
- Cześć. - powiedziała uśmiechnięta - Mogę wejść?


Stałem jak wryty. Powoli otworzyłem je na całą szerokość. Mrugałem szybko, myśląc, że to tylko sen. Ręce zaczęły mi mimowolnie dygotać. Weszła wymijając mnie. Poczułem cytrynowy zapach szamponu do włosów. Czerwony szalik unosił się, gdy przechodziła.
- Nadal masz tu taki syf? - spytała melodyjnym głosem, oglądając mieszkanie.

- Ja-a... - powiedziałem, jąkając. Patrzyłem wciąż na główne drzwi od domu. Nie potrafiłem odwrócić i spojrzeć na nią. 
Co tutaj robiła? 
Co 
do 
cholery 
się
tutaj
dzieje?

wtorek, 19 stycznia 2016

~ Rozdział 3 ~



Hej, to ja.

Głos rozległ się znienacka, wypełniając mój umysł, niczym wkurwiająca piosenka rodem ze spożywczaka. Stałem po środku niczego. Otaczała mnie tylko i wyłącznie ciemność. Szukałem źródła niezbyt wyraźnego dźwięku. Nie miałem pojęcia gdzie ani kiedy jestem. Czułem narastający niepokój.

Zastanawiam się już od dawna nad jednym. Dlaczego im na to pozwoliłeś?

 Poczułem jak moja dolna warga lekko drży. Gdzieś już ją słyszałem, lecz nie potrafiłem przypomnieć twarzy.

Ten głos. 
Intonację. 

To twój egoizm, obojętność, a może po prostu coś popsutego wewnątrz tego. Czyż na prawdę ...

Głos przybrał formę. Widziałem ją. Stała na przeciwko mnie, ujmując moją twarz w swoje lodowate dłonie. Byłem sparaliżowany. 

... nie ma tam niczego, co mogłoby cokolwiek czuć? Powiedz mi, Filip.

Nagle z czarnych oczu maszkary, popłynęły krwawe łzy. Białe włosy poruszały się, jakby falowały pod wodą. Otworzyła sine usta. 

Dlaczego?

Wydała przerażający krzyk. A ja nie potrafiłem oderwać wzroku, od dziewczyny w czarnych szatach, wiszącej nade mną. 

                                                                            ***

Zerwałem się nagle z łóżka, krzycząc. Minęło kilka sekund zanim przypomniałem sobie gdzie jestem. No tak. Po tym incydencie zwolniono mnie do domu i obijałem się. Minęło już coś około trzech dni. Albo czterech. Straciłem rachubę czasu. Mało mnie to interesowało, szczerze mówiąc. 

Powoli zsunąłem się z materaca, o mało nie zabijając się o jakieś pierdoły. Ominąłem je, wychodząc z pokoju. Na korytarzu zegar wskazywał 14.56. Ja pizgam. Zamulam przed kompem do trzeciej nad ranem i taki tego efekt. 

Zszedłem do kuchni po czym otworzyłem cuchnącą przeterminowanym żarciem lodówkę. Małe światełko w tym szajsie zgasło po raz enty, zaraz po otworzeniu. Trzeba to będzie w końcu ogarnąć. A w sumie... co mnie to?

Wyjąłem butelkę mleka i coś, co wyglądem przypominało mięso. Kiedyś nim było. Raczej. Nożem starłem pleśń z niegdyś żyjącego nasiona bekonu. Wtedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Odkręciłem korek i wypiłem kilka łyków. Od razu się orzeźwiłem.
- Kurwa, kto mi molestuje dzwonek? - szepnąłem do siebie zirytowany. Odrzuciłem pustą butlę do zlewozmywaka. Wyniosę ją następnym razem. Porwałem plasterek szynki, jedząc w drodze. Kopnąłem stertę brudnych ubrań na bok, aby można było przejść. Rozejrzałem się.

Pięknie i uroczo. Tak, jak zawsze.

- Tak, gwałcicielu cudzych dzwonków do drzwi? - zapytałem uchylając je. Spojrzałem zaspany na nieproszonego gościa.

Jadeitowy kolor przeszedł przeze mnie niczym stado szczurów. Rzucając na podłogę i karząc ginąć, pod jego naciskiem.

- Przyszłam dać zgodę na zieloną szkołę i... - tutaj zrobiła pauzę - ... przeprosić.

***

- Nie masz za co przepraszać. - stwierdziłem natychmiast, kierując swój wzrok na jej nos.
- Owszem mam. - usłyszałem jej stanowczy ton. - Jakby nie widać, to moja wina. Potknęłam się na schodach i przez to...
 - Nie potknęłaś. Ktoś cię popchnął, a to różnica. - rzuciłem od razu.
- Skąd wiesz? Oh...- zaczęła, ale zaraz ucichła - A więc widziałeś...
- Tak. - odparłem a mój wzrok wylądował na śniegu, który uczepił się jej butom. Nosiła brązowe kozaki z beżowymi sznurówkami. - Ale za późno, by się odsunąć.
- Rozumiem. - szepnęła tylko. Dymek powietrza uniósł się w moją stronę.
- Dlaczego chciałaś skłamać? - zapytałem prosto z mostu. Nie odezwała się.
- Nie twoja sprawa. - mówiła - A ty dlaczego nie patrzysz mi w oczy, gdy z tobą rozmawiam?
Uśmiechnąłem się ironicznie.
- Nie twoja sprawa. - odparłem przewrotnie. Przewróciła oczami. Wyciągnęła kartkę z kieszeni kurtki.
- Trzymaj. - powiedziała podając małą karteczkę. - To na wycieczkę. Muszą ci ją podpisać rodzice.
Umilkłem. Przez chwilkę patrzyłem na jej zaczerwienioną drżącą z zimna dłoń, ściskając dokumenty. Otrząsnąłem się, zabierając świstki. 
- Dzięki. - wymamrotałem. Przez kilka sekund wytrzymywałem jej spojrzenie. Tylko sekundę. Potem drugą. Następną... W końcu przeniosłem mój wzrok na ciemno-brązową kurtkę Megan. - Ale nie będzie mi ona potrzebna. Nie mam zamiaru jechać.

Dlaczego?

Wiatr zawiał mocniej, rozwiewając moje brązowe włosy. Płatki śniegu wpadły mi za kołnierz pogniecionej koszuli, ale nawet tego nie poczułem. Nie wiedziałem kiedy zacisnąłem dłonie w pięści. Przeszedł mnie przerażający dreszcz. Oddech przyspieszył. Gorąco rozlało się jak kawa, po całym ciele. Dodała mi siłę, ale odebrała odwagę. Zbyt dużo.
-... Coś nie tak Filip?- spytała badając moją twarz, lekko zmartwiona.

 Dlaczego?

- Wynoś się stąd! Wypierdalaj do cholery! - darłem się, trzymając za głowę. Ból rozsadzał moją czaszkę. - Nie chcę cię znać kurwo!
 Nie rozpoznawałem własnego głosu. Patrzyłem jak jej źrenice rozszerzają się ze strachu. Powoli zrobiła krok w tył. 

Słowa nie były kierowane do Megan. Tylko do głosu, który zamieszkał w mojej głowie.
 - Pójdę już. - powiedziała potulnie.
 - Ja... - zacząłem dysząc, podchodząc do niej. Pisnęła, odwracając się. Chyba w jej oczach dostrzegłem łzy. Patrzyłem jak ucieka. Wszedłem do pokoju, trzaskając drzwiami.

Impuls ostrego bólu, przeszedł przez każdą część mojej głowy...

Hej, to ja.

- Dlaczego znowu tutaj jesteś, co?! WYNOŚ SIĘ! - krzyczałem, uderzając pięścią prosto w ścianę. Ból rozszedł się po ciele niczym domino. Jęknąłem. Zerknąłem na krwawiącą dłoń. Uspokoiłem oddech. Musiałem się uspokoić.

Zastanawiam się już od dawna nad jednym. Dlaczego im na to pozwoliłeś?

Musiałem się uspokoić.
Musiałem się uspokoić.

To twój egoizm, obojętność, a może po prostu coś popsutego wewnątrz tego. Czyż na prawdę ...

Odejdź. 
Odejdź.

... mnie nie słyszysz?


I zniknął tak szybko, jak się pojawił.